Wspomnienie o dziekanie Dubois

Dekadę temu odszedł Maciej Dubois, przez 17 lat dziekan warszawskiej rady adwokackiej. Rocznica ta zbiegła się z drugim wydaniem książki pt. „Adwokat. Rozmowa o życiu w ciekawych czasach” – wywiadu-rzeki przeprowadzonego z nim przez Michała Komara.

18 maja 2026 r.  w siedzibie warszawskiej ORA dzielili się wspomnieniami o powszechnie szanowanym dziekanie i obrońcy w głośnych procesach: jego syn adw. Jacek Dubois, prof. Mirosław Wyrzykowski, były prezes SN Stanisław Zabłocki, adw. Krzysztof Stępiński i autor wspomnianej książki. Dyskusja była interesująca, a choć jej ton w wyniku przywoływanych anegdot był lekki, wyraźnie wyczuwalna była troska o adwokackie imponderabilia. Mało mówiono natomiast o zaangażowaniu dziekana Dubois w życie samorządowe.

Przebieg tego spotkania skłonił mnie do następującej refleksji.

Warszawska adwokatura miała w okresie PRL dwóch wybitnych dziekanów – dr Stanisława Garlickiego (w latach 1956-1967) i Macieja Dubois (w latach 1972-1989). Obaj byli świetnymi adwokatami (Garlicki – cywilistą, Dubois – karnistą), socjalistami z przekonania (dla zrozumienia ich światopoglądu niezbędne jest uwzględnienie kontekstu historycznego) i obrońcami adwokackiej samorządności w realiach autorytarnego państwa. Obaj zasługują na rzetelne warsztatowo biografie, bo ich wkład w historię polskiej adwokatury jest niezaprzeczalny. 

W przypadku Macieja Dubois służyłoby to też wyjaśnieniu jego roli w sprawie wymuszonej rezygnacji prezes Marii Budzanowskiej w 1985 r., wokół czego czyniono mu zarzuty na forum NRA w pierwszej dekadzie tego wieku. Wedle moich badań warszawski dziekan nie przyczynił się do tej rezygnacji bardziej niż pozostałych 23 członków ówczesnej NRA głosujących w listopadzie 1984 r. za uchwałą wzywającą M. Budzanowską do ustąpienia. Szukał natomiast kompromisowego rozwiązania, które pozwoliłoby Budzanowskiej formalnie zachować stanowisko, a jednocześnie wystarczyło do przekonania władzy do zakończenia nagonki na adwokaturę.

Swoją drogą, malowanie obrazu świata tylko czernią i bielą jest łatwe, ale zwykle nie prowadzi do odtworzenia rzeczywistości.

Kilka spostrzeżeń po zgromadzeniu mojej izby adwokackiej

W sobotę 16 maja br. odbyło się coroczne Zgromadzenie Izby Adwokackiej w Warszawie — w tym roku nie wyborcze, lecz wyłącznie sprawozdawcze. Choć zawód adwokata wykonuje w izbie ponad 7 tys. osób (izba liczy ogółem prawie 10 tys. członków), dzięki formule hybrydowej udało się zachować zarówno demokrację bezpośrednią, jak i sprawny przebieg obrad. Zgromadzenie zatwierdziło sprawozdania oraz udzieliło Okręgowej Radzie Adwokackiej absolutorium.

Nie wszystko poszło jednak po myśli samorządowego kierownictwa izby. Zgromadzenie uchwaliło składkę adwokacką na rok 2026 niższą miesięcznie o 7 zł od proponowanej przez ORA, co w skali roku obniża wpływy do budżetu izby o ponad pół miliona złotych i zmusza Radę do szczególnie oszczędnego gospodarowania. ORA zapewne ustali przyczyny tej porażki podczas swoich posiedzeń, jednak już teraz warto podzielić się kilkoma spostrzeżeniami:

  1. Zapomniano, że adwokaci co do zasady nie są skłonni do zwiększania swoich wydatków na samorząd, jeśli nie są przekonani o zasadności takich działań. Uzasadniając potrzebę podwyżki, przedstawiciele ORA nie posługiwali się dostatecznie rzeczową argumentacją. Wystąpienia w tej sprawie były albo ogólnikowe i patetyczne, albo wręcz trywialne. To lekcja do odrobienia przed następnym Zgromadzeniem.
  2. Warszawska ORA jest postrzegana w tej kadencji z jednej strony jako gremium skłócone i nieefektywne (czego potwierdzeniem może być zgłoszenie przez członka Rady alternatywnego wobec ORA projektu niższej składki), a z drugiej — jako zamknięte grono beneficjentów samorządowego budżetu. W interesie izby leży zmiana tego wizerunku przez wszystkich członków ORA. W przeciwnym razie będziemy coraz bardziej zmęczeni sporami i z niecierpliwością oczekiwać końca kadencji.
  3. W kilku głosowaniach nad uchwałami zgromadzenia uderzająco wysoka była liczba osób wstrzymujących się od głosu, co może oznaczać, że treść uchwał nie była dla nich istotna albo że nie mieli wyrobionego zdania na ich temat. Warto zastanowić się nad tym problemem.
  4. Z uwagi na zmiany demograficzne w warszawskiej adwokaturze panuje przekonanie, że samorządowe mechanizmy demokratyczne istniały od zawsze, podczas gdy niewielu uświadamia sobie, iż adwokaci przez cztery dziesięciolecia zabiegali o rzeczywistą samorządność. Stąd biorą się niezasadne — na szczęście sporadyczne — głosy kwestionujące potrzebę istnienia samorządu w jego obecnym kształcie, którym populistyczni politycy mogą jedynie przyklasnąć. Kto uważa, że samorząd powinien funkcjonować lepiej, powinien go wspierać, przedstawiać pomysły na jego usprawnienie, przekonywać do swoich racji w dyskusji, a wreszcie startować w wyborach do jego organów, zamiast poddawać w wątpliwość zasadność jego istnienia.

Hańba brzeska – epilog

Skazani w procesie brzeskim zostali zrehabilitowani po 90 latach od prawomocnego wyroku skazującego. W latach 2007-2011 posłowie PSL domagali się wniesienia na ich rzecz kasacji nadzwyczajnej, ale Prokurator Generalny nie znajdował do tego podstawy bez odnalezienia lub odtworzenia akt procesu. W 2019 roku, na wniosek posłów dotyczący Wincentego Witosa sprawą zajął się Rzecznik Praw Obywatelskich, który w lipcu 2020 r. wniósł do Sądu Najwyższego kasację na korzyść wszystkich 10 skazanych.

RPO zarzucił wyrokowi Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dn. 20.07.1932 r. rażące i mające istotny wpływ na jego treść naruszenie prawa materialnego, tj.

  1. art. 104 w zw. z art. 108 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 17 marca 1921 r. w związku z art. 102 cz. I Kodeksu karnego z 1903 r., poprzez uznanie publicznej działalności każdego z oskarżonych, mającej charakter polityczny, prowadzonej w ramach porozumienia stronnictw politycznych tzw. „Centrolewu”, za niepodlegającą ochronie prawnej wypływającej z powyższych przepisów Konstytucji, jako przejaw uczestniczenia w „spisku” w rozumieniu wyżej wskazanego przepisu ustawy karnej,
  2. art. 102 cz. I Kodeksu karnego z 1903 r., poprzez wyrażenie błędnego poglądu prawnego, że ze „spiskiem” w rozumieniu tego przepisu mamy do czynienia wówczas, gdy doszło do wspólnego porozumienia się kilku osób, którego treścią jest dokonanie zbrodni stanu z art. 100 k.k. z 1903 r.,
    przy czym wystarczająca jest ogólnie nakreślona zmowa, w sytuacji gdy prawidłowa wykładnia tego znamienia prowadzi do wniosku, iż dla zaistnienia „spisku” nadto konieczne jest, aby spełnienie zamierzonego przestępczego celu było realizowane według określonego (oznaczonego) planu.

RPO wniósł o uchylenie zaskarżonego wyroku i zatwierdzonego nim wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, i o uniewinnienie oskarżonych od popełnienia zarzucanego im czynu.

Sąd Najwyższy rozpoznał sprawę dopiero po odtworzeniu większości przedwojennych akt sprawy. Co ciekawe, w przeciwieństwie do popierających kasację RPO, obrońców z urzędu i PSL (jako przedstawiciela społecznego), prokurator w wystąpieniu końcowym na rozprawie kasacyjnej wnosił – z uwagi na nieodtworzenie całości akt – o pozostawienie kasacji bez rozpoznania, ewentualnie o umorzenie postępowania kasacyjnego.

Wyrokiem z dnia 25 maja 2023 r. Sąd Najwyższy uchylił zaskarżony wyrok Sądu Apelacyjnego, jak i zatwierdzony nim wyrok Sądu Okręgowego i uniewinnił 10 oskarżonych. W obszernym uzasadnieniu orzeczenia SN stwierdził, iż w kasacji prawidłowo wskazano wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 20 lipca 1933 r., jako prawomocne orzeczenie sądu w rozumieniu art. 521 k.p.k., że brak jest podstaw do odrzucenia kasacji i „że wiążące każdy praworządny wymiar sprawiedliwości nakazy przywrócenia sprawiedliwości nie gasną wraz z upływem czasu, lecz pozostają w nim niezmiennie trwałe”. Uznał, iż akta sprawy zostały odtworzone w zakresie niezbędnym do rozpoznania kasacji, wniosek prokuratora zgłoszony po zamknięciu rozprawy nie zasługuje zatem na uwzględnienie.

Stwierdził dalej, że Sąd Apelacyjny nie rozważył należycie zarzutów podniesionych w apelacjach obrońców oskarżonych, w tym zarzutów kwestionujących ustalenia Sądu I instancji o utworzeniu przez oskarżonych spisku w celach wskazanych w art. 100 cz. III k.k. z 1903 r., jak również posługiwaniu się oskarżonych przemocą w celu usunięcia członków rządu sprawującego w tym czasie władzę w Polsce, przeprowadzona przez ten Sąd „kontrola odwoławcza była powierzchowna, wybiórcza, niepełna, a tym samym nierzetelna, po drugie, że w jej wyniku doszło do utrzymania w mocy wadliwego wyroku skazującego dziesięciu oskarżonych za zachowania, które nie wyczerpywały znamion zarzucanego im przestępstwa udziału w spisku mającego na celu obalenie przemocą rządu”.

Zdaniem SN „sąd odwoławczy zignorował również zarzuty i twierdzenia apelujących obrońców oskarżonych, że skoro ‘przemocy, gwałtu można dopuścić się bądź bezpośrednio na osobie krzywdzonej, bądź pośrednio w wypadku, gdy gwałt skierowany jest przeciwko osobie, której się chce gwałt zadać, stosowany zostanie do innej osoby, a nawet przedmiotu, to pod pojęcie zamachu przewidzianego przez cz. 3 art. 100 k.k. podpadają wszelkie czyny przemocy (…) dokonane bezpośrednio na członkach sprawującego władzę rządu lub też innych osobach lub przedmiotach a mające na celu i mogące osiągnąć obalenie rządu (…). Takimi czynami np. będą pozbawienie ministrów życia, aresztowanie ich, wyrzucenie siłą, rozbicie wojska (…), albowiem czyny tego rodzaju uniemożliwiają sprawowanie czynności przez bezpośrednie związanie woli lub pośrednio zmuszają wolę do poddania się przemocy’. Brak jakiegokolwiek odniesienia się do tych zarzutów i argumentów, którym trudno odmówić racjonalności, skoro i obecnie na gruncie art. 128 § 1 k.k. przyjmuje się, że przemoc może polegać na podjęciu akcji zbrojnej, a także przybierać inne formy oparte na wykorzystaniu siły fizycznej lub gwałtu, prowadzące na przykład do uniemożliwienia konstytucyjnej działalności organów państwowych, świadczy o wadliwości dokonanej kontroli odwoławczej wyroku Sądu I instancji.”

SN wskazał, iż „do zrealizowania znamion przypisanego oskarżonym przestępstwa udziału w spisku mającego na celu obalenie przemocą rządu (‘wzięli udział w spisku z wiedzą o tem, że spisek ten dążył do usunięcia przemocą członków rządu’) nie wystarczał przymus psychiczny. […] Skoro nie zostało wykazane (ustalone), że oskarżeni byli uczestnikami takiego porozumienia, które dążyło do usunięcia przemocą członków rządu sprawującego w tym czasie władzę w Polsce (że brali udział w takiej grupie, organizacji, stronnictwie, stowarzyszeniu, zrzeszeniu, czy inaczej określanej strukturze, która do tego dążyła), a więc należeli do spisku mającego na celu obalenie rządu, to niezależnie od innych ważkich względów, ich zachowanie nie wyczerpywało znamion zarzucanego i przypisanego im przestępstwa udziału w spisku zawiązanym w celu dokonania zbrodni z art. 100 k.k. z 1903 r. (art. 97 k.k. z 1932 r.).”

Według SN „Sąd Apelacyjny w Warszawie nie rozważył też należycie zarzutów apelacji obrońców wskazujących, że konieczne jest udowodnienie każdemu z oskarżonych z osobna […] jaką konkretnie miał rolę i jakie w spisku podejmował czynności. […] oskarżonym nie wykazano dokonania ani planowania żadnych działań, które byłyby sprzeczne z ówczesnym porządkiem prawnym”.

Reasumując, SN stwierdził, że „Sąd Apelacyjny w Warszawie w wyniku nieprawidłowej, gdyż dokonanej z rażącym naruszeniem przepisów prawa procesowego kontroli odwoławczej, zatwierdził (utrzymał w mocy) wadliwy wyrok Sądu I instancji, którym, w wyniku dokonania ustaleń faktycznych z rażącym naruszeniem zasad oceny dowodów, przejawiających się dowolnością ocen skazano oskarżonych za czyn, który nie wyczerpywał znamion określonych w art.100 cz. III w zw. z art. 102 cz. I k.k. z 1903 r. (art. 97 § 1 w zw. z art. 95 k.k. z 1932 r.).

„Sprawa procesu brzeskiego jest ciągle w pełni aktualna i powinna stanowić lekcję na temat roli prawa i sądów w demokratycznym państwie prawnym, lekcję nie tylko dla sędziów, ale także dla przedstawicieli władzy wykonawczej i ustawodawczej, a wreszcie lekcję dla nas wszystkich. Sprawa ta powinna także stanowić przestrogę przed pokusą ulegania ponad miarę, emocjom politycznym, pokusą zwalczania przeciwników politycznych z wykorzystaniem instrumentów państwa i prawa, pokusą podejmowania działań wbrew prawu, w tym Konstytucji, dla osiągnięcia celów politycznych i poszerzania zakresu władzy.”

Hańba brzeska – ku pamięci.

Hańba brzeska – ku pamięci

Wkrótce mija sto lat od przewrotu majowego. Jednym z jego następstw był haniebny, przeprowadzony na polityczne zamówienie proces brzeski. Opozycyjni politycy: Wincenty Witos, Kazimierz Bagiński, Norbert Barlicki, Adam Ciołkosz, Stanisław Dubois, Władysław Kiernik, Herman Lieberman, Mieczysław Mastek, Adam Pragier, Józef Putek i Adolf Sawicki zostali oskarżeni o to, że:

„po wzajemnem porozumieniu się i działając wspólnie przygotowali zamach, którego celem było usunięcie przemocą członków sprawującego w Polsce władzę rządu  i zastąpienie ich przez inne osoby, wszakże bez zmiany zasadniczego ustroju państwowego, przyczem działalność ich polegała na wywoływaniu i podnieceniu w masach nastrojów rewolucyjnych przez:

  1. podburzanie do nienawiści przeciwko rządowi, do obalenia go przemocą, do nieposłuszeństwa władzy, do niepłacenia podatków oraz
  2. przez dyskredytowanie, ośmieszanie i wyszydzanie władz państwowych, przyczem akcja ta prowadzona była w prasie, na kongresach, zgromadzeniach, wiecach i zebraniach oraz szerzona w odezwach i ulotkach;
  3. na organizowaniu, szkoleniu i uzbrajaniu kadr rewolucyjnych i
  4. na utworzeniu kierowniczej organizacji rewolucyjnej, występującej na zewnątrz pod nazwą ‘Centrolewu’, która ułożyła plan objęcia przemocą władzy, zwołała tzw. ‘Kongres Krakowski’, opracowała rewolucyjne uchwały, przyjęte na tym Kongresie, wydała nakaz zmobilizowania mas i urządzenia zbrojnego ‘Marszu na Warszawę’, czego następstwem były w dniu 14 września 1930 krwawe wystąpienia w 22 miastach Polski, lecz zamierzonego zamachu nie dokonali z przyczyn niezależnych od ich woli, wobec udaremnienia ich akcji przez władzę”.

Postawa adwokatów broniących niesłusznie oskarżonych opozycjonistów wpisuje się w najpiękniejsze karty historii polskiej palestry. Ich mowy obrończe, jak i wywody apelacyjne zasługują na uwagę zarówno historyków, jak i współczesnych adwokatów.

Wyrokiem z 13 stycznia 1932 r. Sąd Okręgowy w Warszawie uznał dziesięciu oskarżonych (za wyjątkiem Adolfa Sawickiego) za winnych tego, że „w 1930 r. w Warszawie, brali udział w spisku utworzonym w łonie organizacji pozaparlamentarnej, zwanej popularnie ‘Centrolew’ albo ‘Związek Obrony Prawa i Wolności Ludu’, wreszcie ‘Porozumienie Stronnictw Lewicy i Środka’, z wiedzą o tem, że spisek ten dążył do zamachu, mającego na celu obalenie przemocą członków rządu sprawującego w tym czasie władzę w Polsce, i zastąpienia ich przez inne osoby, wszakże bez zmiany zasadniczego ustroju państwowego, przyczem udział oskarżonych w tym spisku wyrażał się w przygotowywaniu tego zamachu” i wymierzył im kary więzienia.

Obrońcy oskarżonych we wspólnej apelacji zaskarżyli wyrok w całości i wnieśli o uniewinnienie oskarżonych. Kwestionowali dokonaną przez sąd pierwszej instancji ocenę dowodów, ustalenia faktyczne przyjęte za podstawę wyroku, jak też ocenę prawną. Sąd ten ustalił, iż obiektem zamachu miał być system rządzenia w państwie, podczas gdy zgodnie z przepisami wskazanymi jako podstawa prawna obiektem takim mógł być urzędujący prezydent i członkowie rządu. Twierdzili, iż „Centrolew” skupiający różne ugrupowania polityczne nie mógł być spiskiem. Podstawowymi cechami spisku w świetle ówczesnego prawa były „tajność, zwarta bezwzględnie karna całość i ściśle skonkretyzowany plan bezpośredniego działania”, których to cech „Centrolew” nigdy nie miał. Nadto, postępowanie dowodowe nie potwierdziło „posiłkowania się przemocą”. Obrońcy zarzucili też brak indywidualizacji winy każdego z oskarżonych, a w miejsce tego ustalanie „winy kolektywnej”.

11 lutego 1933 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie nie uwzględnił apelacji obrońców, uwzględnił natomiast apelację prokuratora, który żądał „powiększenia kar” i zmienił wyrok, wymierzając kary jeszcze surowsze. Jak widać, im wyższa instancja sądowa, tym sprawniej wykonywano polityczne zamówienie.

Na skutek kasacji obrońców wyrok ten został uchylony przez Sąd Najwyższy 9 maja 1933 r. z przyczyn formalnych, ale po ponownym rozpoznaniu sprawy Sąd Apelacyjny 20 lipca 1933 r. ponownie wymierzył oskarżonym surowe kary. W październiku 1933 r. Sąd Najwyższy oddalił drugą kasację obrońców.

Po wybuchu II wojny światowej skazani politycy zostali objęci amnestią na podstawie dekretu Prezydenta RP z 31 października 1939 r. Na ich rehabilitację trzeba było czekać jeszcze ponad osiemdziesiąt lat…

„Brać adwokatów w jeżowe rękawice”- skąd my to znamy?

Adwokatura nigdy nie była ulubieńcami dyktatorów, przywódców w systemie autorytarnym, czy polityków o przerośniętym ego. W latach Polski Ludowej rządzący odwoływali się do zalecenia Lenina, które w wygładzonym tłumaczeniu na język polski brzmiało: „Adwokatów należy brać w jeżowe rękawice i trzymać w stanie osaczenia, w przeciwnym razie ta inteligencka hołota często bruździ”. Przywołał je w 1953 r. wiceminister sprawiedliwości Stanisław Rek w pamflecie „Adwokatura. Jej funkcje i oblicze” w 1953 r.; pamiętali o nim partyjni posłowie. Na ostatnim w PRL Krajowym Zjeździe Adwokatury, w listopadzie 1989 r., prezes NRA Kazimierz Łojewski wypominał ministerstwu sprawiedliwości realizowanie tej dyrektywy przez całe powojenne czterdziestolecie. Jako dyrektywę odczytywali te słowa Lenina również historycy adwokatury – Adam Redzik, Marcin Zaborski i Andrzej Bąkowski.

Warto zatem przyjrzeć się tej wypowiedzi, pochodzącej z listu przyszłego „wodza rewolucji” z 19 stycznia 1905 r. do Jeleny Stasowej i grupy działaczy Rosyjskiej Socjaldemokratycznej Partii Pracy, objętych wówczas postępowaniem karnym za działalność antypaństwową (stąd nazwa listu: „do Stasowej i towarzyszy w moskiewskim więzieniu”). Treść wydaje się banalna. W liście tym Lenin po prostu instruował towarzyszy, jak należy zachować się w procesie i jak ułożyć swoje relacje z obrońcami. Wskazywał, że udział obrońcy potwierdza udział oskarżonego jako strony w czynnościach procesowych. Uważał, iż adwokat powinien skupić się na zarzutach formalnych.  Współczesnego czytelnika może razić knajacki język i chaos w jego wypowiedzi, co dawni interpretatorzy oczywiście pomijali.

Lenin pisał w 1905 r., co następuje (tłumaczenie własne z pomocą AI):

Kwestia adwokata. Adwokatów trzeba brać w jeżowe rękawice i trzymać ich w osaczeniu (dosł. stanie oblężenia), bo ta inteligencka swołocz często podle się zachowuje. Należy im zapowiedzieć: jeśli ty, sukinsynu, pozwolisz sobie choćby na najmniejszą nawet nieprzyzwoitość albo polityczny oportunizm (mówiąc o „niedojrzałości”, o „błędności” socjalizmu, o „zauroczeniu”, o odrzucaniu przemocy przez socjaldemokratów, o pokojowym charakterze ich nauki i ruchu itd.), to ja jako podsądny, natychmiast publicznie ci przerwę, nazwę cię łajdakiem i oświadczę, że rezygnuję z takiej obrony. I te groźby trzeba spełniać. Brać tylko mądrych adwokatów — innych nie potrzeba. Z góry stawiać im warunek: mają wyłącznie krytykować i „łapać” świadków oraz prokuratora na sprzecznościach i fałszerstwach oraz kompromitować stronniczość sądu.

Nawet inteligentny liberalny adwokat jest skłonny powiedzieć lub zasugerować pokojowy charakter ruchu socjaldemokratycznego albo uznanie jego kulturalnej roli przez ludzi pokroju Wagnera itd. Wszystkie takie próby trzeba zdusić w zarodku.

Prawnicy to najbardziej reakcyjni ludzie, jak — zdaje się — mówił Bebel. Każdy powinien znać swoje miejsce. Bądź tylko prawnikiem: wyśmiewaj świadków oskarżenia i prokuratora, co najwyżej przeciwstawiaj taki sąd sądowi przysięgłych w wolnym kraju — ale przekonań oskarżonego nie dotykaj i nie waż się ich oceniać. Bo ty, liberałku, do tego stopnia ich nie rozumiesz, że nawet chwaląc je, nie potrafisz uniknąć uproszczeń.

Oczywiście, wszystko to można przekazać adwokatowi nie w sposób grubiański, lecz miękko, elastycznie i rozważnie. Najlepiej się adwokatów obawiać i im nie wierzyć— zwłaszcza jeśli twierdzą, że są socjaldemokratami i członkami partii.

Jakie stąd wnioski?

Po pierwsze, że cytowane słowa odnoszą się do adwokatury w carskiej Rosji, czyli w państwie kapitalistycznym (pamiętajmy, że zostały napisane w 1905 r.), a nie do adwokatury w „ojczyźnie proletariatu”. Po drugie, że pomimo wyraźnej niechęci, a nawet pogardy do całej grupy zawodowej, jako z natury liberalnej i uważanej przez autora listu za „reakcyjną”, dzielił on adwokatów na „mądrych”, tj. podzielających jego poglądy i wykonujących ściśle instrukcje (których należy instruować „miękko, elastycznie i rozważnie”), oraz pozostałych (których „brać nie potrzeba”). Nie dziwi końcowa refleksja, iż „mimo wszystko lepiej się adwokatów bać i nie wierzyć im”, i stwierdzenie „szczególnie, jeśli powiedzą, że są socjaldemokratami i członkami partii”. Każdy adwokat może stanowić zagrożenie, tym bardziej jako członek tej samej partii.

Traktowanie wypowiedzi Lenina jak ewangelii, częste w czasach „realnego socjalizmu”, prowadziło zwykle na intelektualne manowce. Na użytek polityczny, wyrwane z kontekstu, cytowane na wstępie zdanie, odczytywano w PZPR najpierw jako naganę całej grupy zawodowej, a potem jako przyzwolenie na nową socjalistyczną adwokaturę, ale niezmiennie obdarzaną tylko ograniczonym zaufaniem.

„Gorliwym” politykom i urzędnikom – ku przestrodze

Miałem niedawno możliwość zapoznania się z uzasadnieniem niepublikowanego wyroku Sądu Najwyższego z 3 czerwca 1992 r. (sygn. akt I Pa 3/92) oddalającego odwołanie od decyzji Ministra Sprawiedliwości sprzeciwiającej się wpisowi na listę adwokatów byłego ministerialnego urzędnika, który po odwołaniu z dość eksponowanego stanowiska wnioskował o przyjęcie do adwokatury. Personalia i szczegóły nie są tu istotne, rzecz bowiem sprowadza się w istocie do tego, że wnioskodawca, pełniąc przez kilka lat swój urząd, wyrządził wiele szkód adwokaturze i adwokatom, a w toku postępowania po kolejnych odmowach wpisu ze strony organów samorządowych wyjaśniał, że po prostu wykonywał gorliwie swoje obowiązki.

W pisemnym uzasadnieniu wyroku oddalającego odwołanie wnioskodawcy trójkowy skład SN (sprawozdawcą była SSN Teresa Romer) najpierw przypomniał, że „adwokat do wykonywania swego zawodu musi posiadać nie tylko określone prawem kompetencje, przygotowanie zawodowe, ale również ze względu na charakter swojej pracy musi reprezentować sobą określone wartości – nieskazitelny charakter i takie dotychczasowe postępowanie, które daje rękojmię, iż zawód będzie wykonywał prawidłowo.” 

Następnie, po dokonaniu oceny dowodów, odniósł się do kwestii urzędniczej gorliwości.  „Gorliwość w wykonywaniu obowiązków ma swoje granice – stwierdził SN – granice te wyznaczają takie pojęcia, jak sprawiedliwość, poszanowanie innych, tolerancja dla działań podejmowanych w słusznej sprawie, lojalność wobec środowiska zawodowego w ramach uprawnień temu środowisku przyznanych. Gorliwość przekraczająca wskazane granice nabiera cech pejoratywnych. Motywem jej przestaje być chęć jak najlepszego wykonywania obowiązków, a stają się często przesłanki osobiste, chęć zrobienia kariery kosztem krzywdy całego środowiska i jednostek. W konsekwencji osobę przejawiającą taki rodzaj gorliwości trudno uznać za kogoś o nieskazitelnym charakterze.”

Zdaniem SN właśnie wcześniejsze naganne zachowanie może przesądzać tak o braku nieskazitelnego charakteru, jak i o braku rękojmi. „Adwokat to wywodzące się z czasów rzymskich pojęcie osoby proszonej o pomoc. Gwarancją właściwego wykonywania tego obowiązku i innych, o których już wspomniano, przez osobę starającą się o wpis na listę adwokatów jest ocena jej poprzednich postaw i zachowań” – czytamy w uzasadnieniu wyroku.

Warto, aby współcześni parlamentarzyści, politycy, byli i aktualni urzędnicy rozważający przystąpienie lub powrót do adwokatury czy nawet pozostający w adwokaturze jako niewykonujący zawodu, mieli powyższe orzeczenie na uwadze.

Ministerialny „donos” na adwokackich seniorów

Prawo o adwokaturze z 26 maja 1982 r. wprowadziło zakaz wykonywania zawodu adwokata w zespołach adwokackich po ukończeniu 70 roku życia. Jako że w ówczesnej adwokaturze zdecydowaną większość stanowili starsi panowie (średnia wieku oscylowała wokół 58 lat) ustawowe wprowadzenie nawet tak wysokiego wieku emerytalnego oznaczało od początku jej obowiązywania rychłe odejście z zawodu ok. 15% adwokatów. Ustawa weszła w życie 1 października 1982 r., ale zgodnie z jej art. 98 adwokaci, którzy ukończyli 70 lat przed tą datą, mogli pracować w zespołach jeszcze do 31 grudnia 1983 r. Ustawodawca nie określił natomiast, jak traktować tych, którzy osiągną ten wiek po wejściu ustawy w życie.

Kierownictwo adwokackiego samorządu spierało się w tej kwestii z Ministerstwem Sprawiedliwości, niekorzystną dla adwokatury uchwałę podjął Sąd Najwyższy, ostatecznie uzgodniono, że adwokaci, którzy ukończyli 70 lat pomiędzy 1 października 1982 r. i 31 lipca 1983 r. kończą działalność 31 lipca 1983 r., a ci, którzy dożyją tego wieku później, muszą przestać wykonywać zawód w dniu swoich 70-tych urodzin, choć w zespole mogą pozostać do końca miesiąca, w którym się urodzili.

Kierowane przez nieprzychylnego adwokaturze Lecha Domerackiego ministerstwo sprawiedliwości 17 czerwca 1983 r. skierowało do prezesów sądów wojewódzkich pismo nakazujące dopilnowanie, aby adwokaci w wieku emerytalnym nie występowali w toczących się postępowaniach przed sądami. Do pisma załączono listę kilkudziesięciu adwokatów z podaniem dat ich urodzin i ukończenia siedemdziesiątego roku życia. Wiceminister Zdzisław Jędrzejczak zobowiązywał prezesów sądów do zapoznania wszystkich sędziów z jego treścią. Kategoryczna redakcja tego pisma, wskazująca na wiek, a nie na utratę członkostwa w zespole adwokackim jako formalne kryterium utraty prawa wykonywania zawodu i przesłanie go do sądów bez powiadomienia prezydium NRA wzbudziły obawy o wywołanie chaosu i o swoistą weryfikację adwokatów.24 sierpnia 1983 r. wiceminister Jędrzejczak przesłał „listę 70-latków” również do Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego.

Henryk Nowogródzki w krytycznym wobec limitu wieku artykule pt. „Wygnańcy z adwokatury” opublikowanym 7 września 1983 r. w tygodniku „Tu i Teraz” skomentował działanie ministerstwa następującą anegdotą: „Jeden z adwokatów właśnie w dniu swoich siedemdziesiątych urodzin stanął przed sądem i sposobił się do przemówienia. Przed rozpoczęciem mowy obrończej oświadczył sądowi, że urodził się 70 lat temu i wg rodzinnych przekazów w samo południe, o godz. 12-tej. Jest już – ciągnął adwokat – 11:45 i nie zmieści się w ciągu kwadransa. Zapytuje więc, czy sąd zezwoli mu na kontynuowanie wystąpienia po tym, jak zegar zawieszony w sądowej sali wybije dwanaście uderzeń. Sąd zezwolił.”.

Tekst adw. Nowogródzkiego analizowano potem w Ministerstwie Sprawiedliwości. Stronę gazety z wydrukiem jego artykułu otrzymał dyrektor Biura ds. adwokatury i radców prawnych Jerzy Kiełbowicz z ręczną adnotacją wiceministra Jędrzejczaka: „Ob. Naczelnik J. Kiełbowicz. Uprzejmie przesyłam do wiadomości i wykorzystania”

Cóż, niektóre historie nie powinny być nigdy zapomniane…

Malkontentom pro memoria

Kiedy słyszę narzekania zawodowych kolegów na ciężki los współczesnego adwokata na konkurencyjnym rynku usług prawnych, staram się dodać im otuchy, wskazując na warunki, w jakich pracowali kilkadziesiąt lat temu nasi poprzednicy, kiedy dominującą formą wykonywania zawodu były siermiężne zespoły adwokackie, minister ustalał obowiązujące stawki wynagrodzeń, w sprawach z urzędu praca była darmowa, a nadto – o czym najmniej się pamięta – przez kilkanaście lat obowiązywał limit miesięcznego wynagrodzenia w zespole.

I tak, na posiedzeniu 26 czerwca 1965 r. Naczelna Rada Adwokacka, pod presją organu nadzorczego, czyli Ministerstwa Sprawiedliwości, określiła górny limit wynagrodzenia miesięcznego członków wszystkich zespołów adwokackich w Polsce. NRA zmieniła po prostu regulamin prowadzonego przez nią Funduszu Samopomocy Koleżeńskiej w ten sposób, że nadwyżka ponad kwotę 10 000 zł (ok. 7 850 zł netto) stawała się od 1 lipca 1965 r. składką na ten fundusz, odprowadzaną przez zespół w ciągu 7 dni od dnia sporządzenia arkusza rozliczeniowego. Rozliczenie w systemie miesięcznym, a nie rocznym, było niekorzystne, gdyż utrata nadwyżki następowała bez względu na wyniki w innych miesiącach. Innymi słowy była ona potrącana za dany miesiąc, bez względu na to, jakie było średnie miesięczne wynagrodzenie w skali roku.

Adwokaci próbowali sobie z tym radzić na różne sposoby, np. poprzez utrzymywanie części wpłaconych przez klientów kwot na tzw. koncie kosztów i stopniowe czerpanie z nich w kolejnych miesiącach na wynagrodzenia, aby mieć je równomiernie rozłożone i poniżej górnego limitu miesięcznego. Za działanie takie groziła jednak odpowiedzialność dyscyplinarna, a liczne wizytacje starannie sprawdzały stan kont w zespołach.

Dopiero zwołany po raz pierwszy od 1959 r. Zjazd Adwokatów w Poznaniu w styczniu 1981 r. wezwał NRA do usunięcia limitu zarobków. Choć zjazd ten odbył się bez ustawowej podstawy, jego uchwały były w samorządzie respektowane jako drogowskaz adwokatury. Na posiedzeniu NRA 29 marca 1981 r. zabierający głos dziekani zgodnie przekonywali, że limit taki powinien zniknąć z adwokackich regulacji, ale pamiętano, że na taką zmianę potrzebna jest zgoda ministra sprawiedliwości. Tego dnia jednogłośnie podjęto uchwałę o uchyleniu punktu b w § 2 ust. 1 Regulaminu FSK o limitowaniu zarobków, co minister zatwierdził 10 grudnia 1981 r., tj. po ponad ośmiu miesiącach, ale szczęśliwie dla adwokatury przed wprowadzeniem stanu wojennego.

Dobre rady adwokata zza oceanu

Po 25 latach ukazało się polskie wydanie „Listów do młodego prawnika” Alana Dershowitza – profesora Harvardu i adwokata, znanego z obrończych dokonań i ciętego języka. Chciałoby się powiedzieć: „lepiej późno niż wcale”, bo to lektura przydatna prawnikom bez względu na wiek i w pewnym zakresie krzepiąca. Wynika z niej, że pomimo znacznych różnic pomiędzy amerykańskim i polskim systemem prawnym, mamy niejednokrotnie podobne problemy. Sąd zawodowy ma przed rozprawą już wyrobiony pogląd na jej rozstrzygnięcie (ach, te posiedzenia przedsesyjne!), więc nie słucha końcowych wystąpień. Choć rozstrzygnięcie sprawy zależy w największej mierze od stopnia przygotowania zawodowego pełnomocnika, wciąż nie brakuje prawników, którzy to bagatelizują i uważają, iż wygrają tylko dzięki umiejętnościom na sali sądowej. Prokuratorzy lubią iść na skróty, nie bacząc na ryzyko konsekwencji w konfrontacji z sądem.

Nie zabrakło tu rozważań, czy adwokat może bronić złej sprawy (wg słów Dershowitza: „złych ludzi”). Zgłoszone niedawno w mediach społecznościowych przez profesor Magdalenę Środę zarzuty wobec adwokata Jacka Dubois potwierdzają, że nawet ludzie wykształceni mają problem ze zrozumieniem istoty zadań i społecznej roli adwokata. Jeśli czyjeś postępowanie uznają za naganne, to za takie uważają także podjęcie się roli zawodowego pełnomocnika czy obrońcy takiej osoby. Warto zatem przypomnieć, że Dershowitz przywołuje przykład Johna Adamsa, Abrahama Lincolna i Clarence Darrowa na uzasadnienie tezy, iż nie ma nic nagannego w zapewnieniu pomocy prawnej – powtórzmy jego określenie – „złym ludziom”. Warto zapamiętać jego przesłanie: „Osobiście gardzę przestępcami i zawsze kibicuję dobrym ludziom – chyba, że reprezentuję jednego z tych złych”. Podobnie rzecz ma się z zarzutem rzekomej naganności podjęcia się obrony osoby majętnej. „Skandalem nie jest to, że bogaci są gorliwie bronieni; skandalem jest to, że biedni i klasa średnia nie są” – pisze, odnosząc to do amerykańskich realiów, i trudno się z nim nie zgodzić.

Przy okazji trzeba zwrócić uwagę, jak kwestię podjęcia lub odmowy przyjęcia sprawy, czy choćby udzielenia porady prawnej, postrzega polski ustawodawca. Wszystkie przedwojenne akty prawne regulujące status adwokatury upoważniały adwokata do odmowy pomocy prawnej bez podania powodu. Od 1950 roku, bez względu na zmianę ustroju państwa i oceny PRL jako „czasu słusznie minionego”, adwokat (jak i radca prawny) może odmówić udzielenia pomocy prawnej tylko z ważnych powodów (de lega lata adwokat ma je nawet podać na uzasadnienie odmowy), a w przypadku wątpliwości kwestię tę rozstrzyga dziekan lub okręgowa rada adwokacka (art. 28 ust. 1 Prawa o adwokaturze). 

Wracając do Dershowitza – jego refleksje zapadają w pamięć. „Jeśli wszyscy cię lubią, to znaczy, że robisz coś nie tak” – stwierdza. „Ci, którzy podejmują się najtrudniejszych spraw, przegrywają najczęściej. Ale czasami potrafią też wygrać sprawy, które wydawały się niemożliwe do wygrania. I na tym polega fascynująca praca adwokata” – zauważa „Nie ryzykuj tym, czego masz za mało, by zdobyć to, czego masz pod dostatkiem” – radzi, a co przywołuje na potwierdzenie słuszności tej porady, to już przeczytajcie Państwo sami (s. 67-71). Zachęcam do lektury. Sprawiła mi przyjemność i skłoniła do przemyśleń, choć wg brzmienia tytułu nie do mnie była adresowana.

Jak głosują posłowie adwokaci?

26 maja 2023 roku Sejm przegłosował odrzucenie uchwał Senatu w sprawie ustawy o zmianie ustawy o służbie cywilnej (głosowanie nr 102)  i w sprawie ustawy o Państwowej Komisji do spraw badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007-2022 (głosowanie nr 104). W wyniku odrzucenia uchwał pierwsza z ustaw czeka na prezydencki podpis (stan na 7 czerwca 2023r.), a druga weszła już w życie.

Art. 2 ustawy o zmianie ustawy o służbie cywilnej stanowi, co następuje:

W ustawie z dnia 16 września 1982 r. o pracownikach urzędów państwowych

(Dz. U. z 2022 r. poz. 2290 oraz z 2023 r. poz. 181) wprowadza się następujące zmiany:

  1. po art. 3b dodaje się art. 3c w brzmieniu:

„Art. 3c. 1. Jako urzędnik państwowy nie może być zatrudniona osoba, która w okresie od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 lipca 1990 r. pracowała lub pełniła służbę w organach bezpieczeństwa państwa lub była współpracownikiem tych organów w rozumieniu przepisów ustawy z dnia 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944–1990 oraz treści tych

dokumentów.

2. Stosunek pracy urzędnika państwowego wygasa z dniem doręczenia kierownikowi urzędu zatrudniającemu urzędnika państwowego prawomocnego orzeczenia stwierdzającego fakt złożenia przez tę osobę niezgodnego z prawdą oświadczenia, o którym mowa w art. 7 ust. 1 i art. 11 ust. 4 ustawy z dnia 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944–1990 oraz treści tych dokumentów.”;

2) art. 46 otrzymuje brzmienie:

„Art. 46. Przepisy art. 3c, art. 21–31 i art. 33 stosuje się również do pracowników urzędów państwowych niebędących urzędnikami.”.

Art. 10 tej ustawy brzmi:

Art. 10. 1. Członkowie korpusu służby cywilnej, o których mowa w art. 2 ust. 1 i 2 ustawy zmienianej w art. 1, oraz urzędnicy państwowi i inni pracownicy, o których mowa w art. 1 ustawy zmienianej w art. 2, którzy do dnia wejścia w życie ustawy nie złożyli oświadczeń lustracyjnych, są obowiązani do ich złożenia w terminie 30 dni od dnia wejścia w życie niniejszego przepisu.

2. Stosunki pracy osób, o których mowa w ust. 1, które złożyły oświadczenie lustracyjne potwierdzające pracę lub służbę w organach bezpieczeństwa państwa lub współpracę z tymi organami, wygasają po upływie 15 dni od dnia złożenia oświadczeń lustracyjnych.

3. W przypadku niezłożenia oświadczenia lustracyjnego w terminie określonym w ust. 1 stosunki pracy osób, o których mowa w ust. 1, wygasają z dniem, w którym upłynął termin do złożenia oświadczenia lustracyjnego.

O ustawie o Państwowej Komisji powiedziano już tak wiele, że trudno o dodatkowy komentarz.

Na posiedzeniu w dniach 26-28 maja 2023 roku Naczelna Rada Adwokacka podjęła bardzo krytyczne uchwały w odniesieniu do obu ustaw wskazując na ich sprzeczność z Konstytucją RP.  Mając to w pamięci warto zauważyć, że za odrzuceniem uchwał senatu (czyli za przyjęciem obu ustaw) głosowali adwokaci: Bartosz Kownacki, Arkadiusz Mularczyk, Piotr Sak, Kacper Płażyński, Kazimierz Smoliński, Wojciech Szarama, Małgorzata Wasserman i Marcin Warchoł, a przeciwko odrzuceniu: Kamila Gasiuk-Pichowicz, Cezary Grabarczyk, Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska i Piotr Zientarski.